Nie chcieli miliona, zrobili kupców w konia

 
 

Rynek przy Węgierskiej

Rynek przy Węgierskiej


 

Dzięki unijnym pieniądzom Gorlice mogły mieć nowoczesny plac targowy, który nie tylko pod względem estetycznym i architektonicznym wpisałby się  w miejski krajobraz ale też przyniósłby korzyści mieszkańcom miasta i powiatu stojącym po obu stronach bazarowej lady. Na realizację projektu „Mój Rynek” można było otrzymać do miliona złotych, z przeznaczeniem ich  na budowę, modernizację, bądź wyposażenie. Z oferty skorzystało wiele gmin, ale nie Gorlice. – Dlaczego? Przecież wygląd placu przy Ogrodowej był koronnym argumentem przy podejmowaniu decyzji o  likwidacji tam handlu. Estetyka tego miejsca przyczyniła się przede wszystkim do zamknięcia obiektu i stała się  powodem dramatu niejednej rodziny żyjącej z handlu. Unijna oferta dawała szansę ludziom i miastu, wystarczyło tylko o nią wystąpić.

 

Likwidacja rynku przy „Juhasie” i  inauguracja działalności  prywatnej inwestycji jaką jest Jarmark Pogórzański przyniosły koniec uporządkowanego handlu  w mieście i dały początek narastającym antagonizmom z jego funkcjonowaniem związanych.

 

Stara rzymska zasada „dziel i rządź” z dobrym skutkiem w tym przypadku została wykorzystana, bowiem sojusznicy w walce o utrzymanie rynku w centrum miasta w momencie gdy dali się poróżnić, stracili możliwość negocjowania z władzami innego dogodnego do handlu miejsca, a takie wcześniej planowano, inwestując w projekt budowy kilkanaście tysięcy złotych. Ostatecznie  okazało się, że pieniądze wyrzucone w błoto. Czy rezygnacja z pomysłu usytuowania rynku w okolicach Forestu podyktowana była planem wybudowania prywatnej hali targowej,  czy odwrotnie, trudno teraz powiedzieć, ale w oparciu o dokumenty i daty ustalić pewnie można, jednak po co? W takich sytuacjach zwykle nie ma winnych aspołecznego działania. Poza tym obecnie jest to i tak bez znaczenia dla tych wszystkich, których decyzja gorlickich władz nie tylko skłóciła, ale i pozbawiła miejsc pracy, a także oszczędności nieraz całego życia. Na dobrą sprawę nie ma chyba wśród byłych  samozatrudnionych przy Ogrodowej takich,  którzy bez szkody  przeszli czas lokalnej rynkowej transformacji. Poturbowani w mniejszym lub większym stopniu zostali wszyscy, a konsekwencje odczuwane są do dziś. Z żalem i wstydem powiedzieć można, że wizerunkowo straciły nie tylko Gorlice, ale i ci wszyscy, którzy walcząc o własny byt zapomnieli o solidarności i empatii, potwierdzając przy tym inną starą zasadę: „zgoda buduje, niezgoda rujnuje”.

 

Gdy w sierpniu bieżącego roku w Gorlicach trwała kolejna batalia o trzymiesięczną dzierżawę dziesięciu  miejsc handlowych na brzegu Ropy,  w kilkunastu gminach Małopolski otwierano miejskie targowiska  lub zabierano się do ich budowy, bądź modernizacji, a to dzięki poważnemu wsparciu ze środków unijnych.  Siedemset tysięcy złotych na realizację zadania pod nazwą „Modernizacja gminnego targowiska stałego” uzyskał samorząd Krynicy. Uroczyste otwarcie obiektu miało już miejsce, a z handlu na wyremontowanej i dostosowanej do współczesnych wymagań nowoczesnej hali i placu targowego korzystają wszyscy: miejscowi, przyjezdni, a także  okoliczni rolnicy i zwolennicy zdrowej żywności. Intencja projektu jest prosta: rolnik hoduje i sprzedaje, mieszczuch kupuje i wie, co je. Nie do przecenienia w tej handlowej wymianie jest też bezpośredni kontakt obu stron towarowo – pieniężnych transakcji, istotne znaczenie odgrywają też zwykłe ludzkie emocje, których pozbawione są sklepy wielkopowierzchniowe.

 

Zgodnie z założeniem projektu handel ma być źródłem obopólnych korzyści; miasto ma zarabiać na dzierżawach, na wymianie handlowej mającej miejsce na rynku a także w sklepach, w których mieszkańcy okolicznych wsi kupują to, czego sami zrobić czy wyhodować nie mogą.

 

Pomimo, że Gorlice idealnie wpisują się w kryteria unijnej oferty „Mój Rynek” miejskie władze nie okazały nią zainteresowania. Nie wierzę, by w Ratuszu o możliwości pozyskania pieniędzy z zewnątrz nie wiedziano, oferta aktualna jest od lipca 2011 roku. Na początku tego właśnie roku rozpoczynający swoją kadencję burmistrz Kochan zreorganizowała między innymi wydział promocji, dodając do jego zadań pozyskiwanie środków unijnych, i ta umiejętności wydawała się być priorytetem przy wyborze nowego kierownika.

 

Upadek gorlickiego handlu na miejskim targowisku rozpoczął się w maju, ale dzieło niszczenia dokonywało się w czasie, gdy europejska propozycja była już aktywna. Ostatnie stragany przy Ogrodowej zamknięto w grudniu, to jest na cztery miesiące przed wyznaczonym dla Małopolski terminem składania wniosków, pozwalających ubiegać się o unijną dotację.

 

Władze zamiast szukać wsparcia dla upadającego handlu, dążyć do jego uporządkowania, scentralizowania, zwiększenia zatrudnienia, od problemu się odcięły, a zainteresowanym kazały brać sprawy w swoje ręce. Zdesperowani handlowcy podejmowali nieraz brzemienne w skutkach decyzje, by ratować  miejsca, pracy zapewniające byt ich rodzinom. Bankructwa, kłopoty finansowe, sprawy sądowe to konsekwencje podjętych wówczas rozstrzygnięć.

 

W odpowiedzi na kolejne  spór dotyczący miejsc handlowych w mieście burmistrz Kochan wydał  oświadczenie, w którym stwierdził, że miasto nie ma obowiązku prowadzenia miejskiego targowiska, może jedynie wskazać miejsce na jego organizację, ale tego nie zrobi, nie wyrazi też zgody na: „dzierżawę działek przy placu Mickiewicza /Plac Targowy/ dla kilku osób obecnie handlujących na terenie dawnej mleczarni w sytuacji gdy zdecydowana większość handlowców z byłego Miejskiego Placu Targowego samodzielnie i na własny koszt, bez udziału miasta Gorlice potrafiła zorganizować sobie  nowe miejsca do handlu (plac przy ulicy Sienkiewicza, Jarmark Pogórzański, lokale handlowe na terenie miasta) byłoby niecelowe, gdyż naruszałoby zaufanie do organów władzy publicznej oraz zasadę równości obywateli wobec prawa

 

– O jakim prawie i jakim zaufaniu do organów władz publicznych Burmistrz mówi? – Nie kto inny tylko właśnie władze zawiodły. Decyzja o likwidacji targowiska zbiegła się z otwarciem „Jarmarku Pogórzańskiego”. Spora grupa handlujących, idąc właśnie za wskazaniem władz i z braku alternatywnej propozycji, skorzystała z oferty prywatnego inwestora i, spełniając wymagania właściciela, zainwestowała w wyposażenie boksów handlowych, wnosiła stosowne opłaty. Niestety, większość straciła nie tylko oszczędności, ale i dopłaciła do nowego interesu. W obiekcie nie ma już po nich nawet śladu.

 

Ci, którzy poszli na swoje, wydzierżawili teren przy ulicy  Sienkiewicza i wybudowali tam małe targowisko, z jego lokalizacją chyba nie trafili, skoro tak gwałtownie i zdecydowana zareagowali na informację, że dziesięć osób, które wdało się pechowo w umowę z właścicielem placu przy ul. Węgierskiej, ma otrzymać pozwolenie na trzymiesięczny handel na brzegu  Ropy. Na skutek ich interwencji, zaognianej i podsycanej przez „Gazetę Gorlicką”,  burmistrz zdecydowanie odmówił, chociaż radni na taką pomoc wydali wstępną zgodę.

 

 Udało się jedynie tym, którzy swoją pracę związali z tzw. rynkiem maślanym. Mający  nawiązywać do lokalnej tradycji handlowej obiekt, szybko  zmienił  pierwotne przeznaczenie stając się zminiaturyzowanym odbiciem zlikwidowanego rynku przy Ogrodowej.

 

A mogło być inaczej. Decyzja o likwidacji miejskiego targowiska nie zamykała bowiem drogi do ubiegania się o pieniądze z programu „Mój Rynek”, z którego oferty skorzystało 19 małopolskich miejscowości. Na budowę, modernizację lub wyposażenie otrzymały w sumie 16 milionów złotych.

 

Milion z unijnej kasy plus 25% wkładu własnego pozwoliłoby na reaktywację miejskiego rynku w nowoczesnym wydaniu: z parkingami, oświetleniem, sanitariatami, ogrzewaną halą i zagospodarowanym placem przeznaczonym dla sprzedających płody rolne rolników i ogrodników. Powstałoby też kilka nowych miejsc pracy, poprzedzonych możliwością zarobku dla budujących, później wyposażających nowe targowisko, a następnie dla obsługi i ochrony obiektu, który mógłby nie tylko z pożytkiem ale i  gustownie wpisać się w miejski krajobraz. Mógłby,  gdyby  miasto miało dobrych gospodarzy. Zamiast tego mamy rozrzucone targowiska, rozżalonych ludzi, wzrost liczby bezrobotnych, dłuższe kolejki po zapomogi i samotny parking na placu przy Ogrodowej, na dzierżawę którego nadal nie ma chętnego. I pomyśleć, że w przeszłości na rozwój Gorlice wpływ miały przywileje organizowania jarmarków i targów. Mieszkańcy bogacili się dzięki współpracy z miastami, także Węgier i Śląska. – Co pozostało z czasów dawnej handlowej świetności? – Rynek maślany i rozrzucone tu i ówdzie stragany.

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.