SORE, czyli dwie strony unijnego medalu

 
 

Kapitał ludzki to pojęcie ekonomiczne traktujące człowieka i społeczeństwo w kategoriach czysto ekonomicznych, wskazujące, że rozwój jednostki przekłada się na podnoszenie jakości społeczeństwa, które właściwie zmonitorowane i zdiagnozowane ma lepiej i wydajniej pracować. Na tych właśnie zasadach opiera się Europejski Program Kapitał Ludzki, który skierowany jest do organizacji pozarządowych, przedsiębiorców, instytucji, administracji samorządowej i rządowej, w tym Ministerstwa Edukacji Narodowej, które z europejskiej oferty chętnie korzysta.
 

 
Realizowane przez szkoły programy Comenius i Leonardo da Vinci zostały sprawnie i nieodpłatnie przeprowadzone przez rzesze polskich nauczycieli, którzy nakładem własnej pracy, często poza etatowymi godzinami, realizowali wypływające z projektów pomysły, aktywizując dzieci i młodzież do poznawania obyczajów i kultury małych ojczyzn i europejskiej rodziny. W ramach projektów przeprowadzano lekcje pokazowe dla nauczycieli i rodziców, organizowano wyjazdy zagraniczne dla uczniów, przyjmowano reprezentantów europejskich szkół, realizując ideę „Jedność w różnorodności”, co było zrozumiałe w tworzącej się po roku 2004 nowej europejskiej rzeczywistości.
 
Ironizując nieco, można powiedzieć, że spektakularny sukces przyniósł program Leonardo da Vinci, w realizacji którego priorytetem było nauczanie języków obcych oraz wypracowanie umiejętności adaptacyjnych do warunków życia i pracy w różnych krajach europejskich. Jak wskazuje ilość młodych polskich emigrantów, program zakończył się ogromnym sukcesem i językowym, i adaptacyjnym, poprawiając przy tym statystyki na krajowym rynku pracy.
 
Nowa unijna oferta zwana SORE, od Szkolny Organizator Rozwoju Edukacji, rekomendowana została jako przysłowiowa miska miodu, a podparta dwoma milionami z unijnej kasy, tyle „wygrał” na realizację pilotażowego projektu powiat gorlicki, w pierwszej chwili robi pozytywne wrażenie, traci jednak przy bliższym poznaniu. Stawiane cele i zadania realizowane są bowiem od lat w ramach WDN, czyli wewnątrzszkolnego doskonalenia nauczycieli. Szkoły wypracowują plany działania, programy naprawcze, a nauczyciele podnoszą kwalifikacje, i to w większości za własne pieniądze, chociażby dlatego, że chcą być konkurencyjni na rynku pracy i zachować etaty. Takie są wymagania współczesnego rynku i to on narzuca reguły. Czas „profesorów” po maturze już dawno się skończył, kto nie pracuje nad sobą, nie wzbogaca swojego warsztatu, odpada i nie trzeba tu unijnego bata.
 
SORE w zasadzie dubluje to, co jest robione w placówkach oświatowych od lat, z tym że dorzuca masę papierowej roboty, i funduje stratę czasu na spotkaniach, których głównym celem jest budzenie przez prowadzącego, za pomocą naprowadzających pytań, drzemiącego w nauczycielach potencjału i za pomocą tej samej metody, znaczonej znakami zapytania, wyłuskiwanie z nich odpowiedzi na nie.
 
Szkolenia są obowiązkowe. Pierwszy krok w tym kierunku robią dyrektorzy, co wydaje się niezgodne z prawem oświatowym. Decyzję o przystąpieniu szkoły do programu powinna podjąć rada pedagogiczna jako organ kolegialny, którego dyrektor jest jedynie przewodniczącym. Zatwierdzanie przez głosowanie organizacji doskonalenia zawodowego, to kompetencja zespołu nauczycielskiego. Odwrócenie tej kolejności wydaje się być nadużyciem uprzedmiotowiającym grono uczących, sprowadzający je do roli podrzędnej.
 
Podpisanie swego rodzaju cyrografu, zawierającego w ostatnim punkcie zobowiązania groźbę więzienia za podanie nieprawdy, rozpoczyna dwuletni udział szkoły w projekcie. Szczególnie godne uwagi jest wspomniane odniesienie do kodeksu karnego. Wygląda na to, że jeżeli zgłoszony do udziału uczestnik projektu nie raczy skorzystać z jego dobrodziejstw, i mimo tego, że zobowiązał się brać w nim udział, na szkolenia nie chodził, czyli skłamał, zgodnie z podanym paragrafem, stał się potencjalnym przestępcą, grożą mu trzy lata więzienia, a co za tym idzie zakaz wykonywania zawodu. Z pozoru śmieszne, ale większości pedagogom do śmiechu nie jest. Odmówić strach, bo reperkusje wiszą w powietrzu, włącznie z problemami, które mogą w rewanżu za brak subordynacji nagle pojawić się przy organizacji kolejnego roku szkolnego, z drugiej strony biurokratyczna machina unijnych i ministerialnych pomysłów wyciska z nich siły, energię, a przede wszystkim coraz bardziej ogranicza czas, który mógłby być efektywnie wykorzystany w pracy z uczniem, chociażby na zwykłą rozmowę, która też bywa potrzebna.
 
Z unijnych milionów wykonawca projektu, czyli nauczyciel, nie dostanie grosza, jedynie nieodpłatne, chociaż niekoniecznie potrzebne obowiązkowe szkolenia, poprzedzone inspirującymi przemyśleniami pod okiem SORE. Problem w tym, że większość widzi brak sensu we wdrażaniu niby „nowego”, ale nie potrafi lub boi się powiedzieć, że „król jest nagi” i biernie, goniąc w piętkę, będzie tworzyć międzyszkolne sieci i poddawać się swego rodzaju wiwisekcji. – Co z tego będzie miał uczeń? – Odpowiedź jest prosta: zmęczonego, sfrustrowanego, znerwicowanego, ale przeszkolonego i świadomego swojej niedoskonałości nauczyciela, i to musi mu wystarczyć.
 
Skierowany do szkół, jak na razie pilotażowy projekt Kompleksowe wspomaganie rozwoju szkół, którego finansowymi biorcami są pomysłodawcy i podwykonawcy – w zależności od pozycji na liście płac – ma jeden niezaprzeczalny atut; powołał do życia nową profesję zwaną SORE i w bliższej perspektywie stworzy kilkadziesiąt, no może trochę więcej, miejsc pracy, ale nie tylko dla tracących etaty nauczycieli. Zatrudnienie otrzyma bowiem ten, kto wygra przetarg, a to może być każdy.
 
Jako nauczycielka z trzydziestopięcioletnim stażem pracy, mająca uprawnienia do nauczania dwóch przedmiotów, podnosząca systematycznie kwalifikacje, co potwierdzone jest czterema świadectwami ukończenia studiów podyplomowych, absolwentka kilku kursów kwalifikacyjnych, mogę powiedzieć, że ani finansowane przez unię programy, ani wysoko wykwalifikowana kadra nauczycielska nie naprawi polskiej szkoły, jeżeli rząd nie zrewolucjonizuje sensownie polityki oświatowej. Wprowadzane reformy to jedynie ciąg nieudanych eksperymentów na żywej tkance jaką jest szkoła, którą tworzą uczniowie i nauczyciele. Kapitał ludzki, siedzący obecnie w ławkach, w końcu z nich wyjdzie i przyjdzie czas, że przejmie władzę. I od tego, ile obecnie zainwestuje się w jego edukację i wychowanie, zależeć będzie przyszłość, także tych, którzy o poziomie edukacji teraz decydują. Lepsza edukacja to nie szkolenia za unijne pieniądze, a priorytety rządowe, w tym przypadku oświatowe. Ponadczasowe są słowa szesnastowiecznego polityka Jana Zamoyskiego: „Taka będzie Rzeczypospolita, jak jej młodzieży chowanie”, to się sprawdza.

 

______________________________________________________________________

 

W związku z instrumentalnym potraktowaniem rad pedagogicznych gorlickich szkół, jako radna i członek jednej z nich, zwróciłam się do kierującego Wydziałem Oświaty i Spotru pana kierownika Augustyna o odpowiedź na poniższe pismo:

 

 

ODPOWIEDŹ NA PISMO DOTYCZĄCE PRZYSTĄPIENIA GORLICKICH SZKÓŁ DO PROGRAMU SORE


 

 

4 Comments

  1. kazimir pisze:

    Ma Pani rację SORE to wielki bubel powielający to co robi się w szkołach od wielu lat.Jest tylko stratą czasu i tworzeniem dodatkowych stert
    niepotzrebnych papierów. Z nauczycieli zaś tworzy ubezwłasnowolnione, zastraszone istoty.Ten projekt to też strata czasu, który można przeznaczyć na przygotowanie nowych, ciekawych zajęć albo poprawę sprwdzianów.Co do dyrektorów niektórych gorlickich szkół i ich zwierzchników to przypominają osoby ze szkoły dyrektora Piórkowskiego : „Mają milion myśli w głowie, ale żadna nie jest ich…”.
    Z poważaniem : K.W.

    • anowak pisze:

      Spolegliwość w tym zawodzie jest mile widziana przez władze, jednak co z kształtowaniem asertywności u dzieci i młodzieży :-) Dziękuję za komentarz. Pozdrawiam.

  2. Danuta pisze:

    Duża „piątka ” dla Ciebie za to, że uświadomiłaś wielu nauczycielom jak przedmiotowo są traktowani, a Rady Pedagogiczne pozbawiane swoich uprawnień. Przekazałam Twój artykuł i pisma znajomym w różnych szkołach, które przystąpiły do SORE.
    A swoją drogą przerażenie ogarnia na myśl, co jescze tzw. mądre głowy mogą nauczycielom „wcisnąć”, oczywiście dla „dobra dzieci”. A cyrograf zawierający groźbę więzienia to zupełne kuriozum – nie wiem tylko czy zauważony przez podpisujących.
    Serdecznie pozdrawiam
    Danuta

  3. Karolina pisze:

    Osobiście uważam, że projekty ze środków unijnych realizowane w szkołach są niczym innym jak stratą czasu i energii potrzebnej do ciężkiej i niełatwej pracy nauczyciela. Dzieci niewiele z tego korzystają, te, które mogą gdzieś pojechać powtarzają się co roku – te same grzeczne i wzorowe dzieci z dobrych domów, które i tak wyjeżdżają za granicę z rodzicami. Dla mnie taki projekt to mnóstwo niepotrzebnej, bezsensownej i nic nie wnoszącej w proces edukacji pracy. Mam łącznie 29 godzin dydaktycznych i nie wyrabiam się jeszcze z dodatkowymi rzeczami.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*