Nienarodzone sprzedają się lepiej

 

Wszyscy kochają dzieci, zwłaszcza przed wyborami. Dzieci to przyszłość narodu, a także według teorii niektórych polityków najlepszy fundusz emerytalny

 

 

 Polityczne maskotki
 

Dzieci dobrze wkomponowują się w tło politycznych eventów i w związku z tym w odpowiednich momentach dziejowych zbierają hojnie serwowane uśmiechy i pełne frazesów obietnice związane z poziomem edukacji, opieki zdrowotnej i inne zapewnienia lepszego jutra jakby wyjęte prosto  z worka Świętego Mikołaja. W związku z powyższym ich miejsce na transparentach politycznych jest niepodważalne.

 

Nienarodzone sprzedają się lepiej
 

 Najlepiej w tej materii „sprzedają się” dzieci nienarodzone, które konkurują z tymi poczętymi, bądź jeszcze czekającymi na poczęcie w sposób niekonwencjonalny.
Walka o prawo do bycia tych pierwszych i negowanie bycia lub niebycia  tych drugich, to droga do podnoszenia słupków wyborczych.

 

Dajcie nam godnie żyć
 

 Z rachunku politycznego wynika, że NIENARODZONE  mają pierwszeństwo przed NARODZONYMI, a zwłaszcza tymi, którym życie zdążyło rzucić kłody pod nogi. Chore, obciążone dysfunkcjami rozwojowymi skazane są przede wszystkim na zaradność rodzin i ich determinację, której skromnym przejawem jest zorganizowany ostatnio czternasty już, a może dopiero, protest rodziców dzieci niepełnosprawnych. Hasło „Dajcie nam godnie żyć” to głos krytyki między innymi wobec  wysokości przyznawanego zasiłku, który nawet w części nie rekompensuje kosztów i potrzeb. Opieka nad niepełnosprawnym dzieckiem, które wraz z upływem lat staje się niepełnosprawnym dorosłym z wszystkimi tego konsekwencjami, wymaga też czasu, a wiec rezygnacji z prywatnego życia, a następnie, co może znacznie trudniejsze, z pracy czyli  jedynej drogi do godnej egzystencji, bowiem ustawowo wyliczony zasiłek, z godnością życia nie ma nic wspólnego.

 

Społeczne zbiórki

 

 Zbiórki społeczne typu Orkiestra Świątecznej Pomocy, która lada dzień zacznie koncertować, czy coraz bardziej popularna Szlachetna Paczka, to akcje potwierdzające niewydolność ustaw, a więc i rządzących w kwestiach pomocy społecznej ukierunkowanej na bezradność i niepełnosprawność. No cóż, choroba i kalectwo nie są na pokaz, jedynie chyba przed wyborami samorządowymi czy parlamentarnymi zainteresowani oka kamer kierują na „niepełnosprawność”. Licznie imprezy charytatywne znajdują przełożenie na głosy wyborców. Niestety, tego typu spektakle mają miejsce raz na kadencję, ale przyznać trzeba, że i za tak motywowany zastrzyk finansowy, inwestujące w rehabilitację czy w ulżenie w cierpieniu, rodziny są wdzięczni.

 

Problematyczni milusińscy
 

 Inną grupę niewłaściwie od strony prawnej zabezpieczoną stanowią dzieci z rodzin patologicznych, bądź niewydolnych wychowawczo. W większości nie są to milusińscy, którymi chwalą się ich środowiska, ze szkołą włącznie. Jest wręcz odwrotnie – „Problem” to ich drugie imię. Część z nich swoje istnienie manifestuje negatywnymi zachowaniami, w ten sposób  podkreślając, że są, co nie daje im jednak gwarancji, że są widziane. Negatywne oceny, brak akceptacji w grupie, brak miłości i poczucia bezpieczeństwa w domu to kolekcja porażek, budujących poczucie niższości, skutkujących narastającą autoagresją i agresją przeciwko wszystkim i wszystkiemu.

 

 Patologiczna bezradność
 

 W przypadku problemów dzieci z rodzin obciążonych patologiami trudno przesądzać o winie szkoły, bo czasy jej wychowawczej roli minęły wraz z wprowadzanymi reformami. Tak naprawdę nauczyciele zrobić mogą niewiele, żeby nie powiedzieć „nic”. Wpisywanie uwag, obniżanie ocen z zachowania to półśrodki, które w efekcie uodparniają na tego typu kary. Po emocjach jakie dostarcza pierwsza uwaga, jedynka czy nieodpowiednie zachowanie, przychodzi czas na zobojętnienie. Sąd rodzinny to terapia wstrząsowa dla rodzin, które „przysnęły” wychowawczo, nie dla tych dysfunkcyjnych. W ich przypadku wrażenie robi tylko pierwsza sprawa, kolejne stają się rutyną. Z czasem przychodzi wiedza, że można z „tym” żyć, bo tak naprawdę nic się nie zmienia.

 

 Martwe jest najważniejsze
 

 Jak ilustrują media, działalność kuratorów sądowych ma charakter raczej „kosmetyczny” – zbyt duża ilość podopiecznych uniemożliwia właściwe ich monitorowanie, a o konsekwencjach ewentualnych niedopatrzeń czy zaniedbań robi się głośno, gdy jest już za późno na zdecydowane działania. Brutalnie to zabrzmi, ale z obserwacji wynika, że dziecko staje się najważniejsze, gdy w sposób nienaturalny staje się martwe.

 

 Z życia wzięte
 

 Obserwacja to dobry punkt do diagnozowania opiekuńczej roli państwa wobec nieletnich. Kolekcjonowane przez lata spostrzeżenia nie napawają optymizmem, tym bardziej gdy poprzez się je faktami z własnego podwórka. Kilka lata wstecz osoba kompetentna wykorzystując drogę służbową zainicjowała działania w sprawie zapobieżenia narażenia na demoralizacji dziesięcioletniej dziewczynki i jej młodszego rodzeństwa. „Narażenie” w tym przypadku to delikatna metafora stanu faktycznego. Bogata wiedza dziecka na temat seksu, wulgarna narracja wynikająca z braku świadomości znaczenia wypowiadanych słów, to jak wołanie o pomoc. Dziecko instynktownie czuło, że codzienność, w której tkwi, nie jest normalna. Interwencja okazała się zbyteczna, bowiem  rodzina od lat objęta była nadzorem kuratorskim i sądowym, a Sąd był w trakcie myślenia jakie rozwiązanie będzie dla dzieci najlepsze. Dumanie Sądowi zajęło kolejne kilka lat. W tym czasie matka seksoholiczka nie szczędziła potomkom lekcji poglądowych, a uciekający w alkohol ojciec stresów. Szkoła do zdecydowanych działań nie była  uprawniona, a najbliższa rodzina nie chciała brać na siebie odpowiedzialności za trójkę sprawiających coraz większe kłopoty wychowawcze krewniaków.

 

 O kilka lat za późno
 

 Decyzja o umieszczeniu rodzeństwa w domu dziecka spadła na wszystkich jak grom z jasnego nieba. Pojawiła się w czasie, gdy o dalszej demoralizacji nie mogło być już mowy, bo do tego co dzieci widziały i przeżyły, trudno byłoby coś nowego dorzucić, a i z poziomu bezbronności zdążyły wyrosnąć. Umieszczenie w dom dziecka w ostatniej klasie gimnazjum, i  do tego w środku roku szkolnego, przyjęły jako karę na  nich nałożoną, a nie jako środek zapobiegawczy,  chroniący przed destrukcyjnymi, obciążonymi patologiami rodzicami. Możliwe, że w tym przypadku powiedzenie „lepiej późno, niż wcale” znajdzie potwierdzenie, jednak stwierdzenie użyte w prywatnej rozmowie przez nadzorującego rodzinę sędziego„…jeszcze by nas w prasie opisali…” wzbudza obawę co do intencji spóźnionej o kilka lat decyzji. Dobro nieletnich czy strach przed ewentualną medialną nagonką stało się podstawą wyroku?

 

 Medialne interwencje
 

 Nagłaśniane przez media dramatyczne sprawy z nieletnimi w roli głównej dały się we znaki kuratorom i sądom rodzinnym, co nie koniecznie musi wpłynąć na poprawę i jakość ich funkcjonowania i rozstrzygania spraw w sposób najlepszy dla podanych kurateli. Strach przed medialnym negatywnym rozgłosem paraliżuje różne środowiska zawodowe, nie omija też tych zajmujących się stroną prawną społecznego życia, tym samym  może spowodować, że lepiej będzie pozbywać się problemów, poprzez drastyczne decyzje,  niż z nimi walczyć za pomocą prewencji, terapii, czy z wykorzystaniem pomocy opieki społecznej. Możliwe, że taki medialny straszak ma swoje dobre strony, ale pamiętać trzeba, że może doprowadzić do „wylania dziecka razem z kąpielą”.

 

 Szkolna niewydolność
 

 Smutna w tym wszystkim jest też pozycja nauczycieli, którzy widząc krzywdę dzieci, nie mają narzędzi prawnych, by im pomóc, muszą wspierać się mało skutecznymi półśrodkami. Szkoła, to obecnie instytucja która z wychowaniem niewiele ma wspólnego. Każdy gest dobrej woli, życzliwości, zainteresowania, może zostać źle odczytany i stanowić broń przeciwko nauczycielowi i jego pozycji zawodowej. Zabranie dziecka do lekarza, skierowanie do psychologa – nic z tych rzeczy. Gdyby dysfunkcyjni rodzice prawnie zareagowali na ludzkie zainteresowanie ich zaniedbanym potomkiem, nadgorliwemu belfrowi groziłaby dyscyplinarka, kto wie, może i zwolnienie z pracy. Nauczyciel musi pamiętać: nie głaskać, nie przytulać, nie angażować się i nie wtrącać w życie prywatne podopiecznych. Jeżeli tego się będzie trzymał, uniknie spotkania z komisją dyscyplinarną, a nawet prokuratorem, do takiej znieczulicy doprowadziły wprowadzane ustawy i przepisy dyktowane zapewne dobrymi intencje, ale tymi, jak ogólnie wiadomo, piekło jest wybrukowane.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.