SYGNAŁY ZZA ŚWIATÓW

 
 
 

 

W mojej rodzinie, gdy ktoś bliski odchodził w zaświaty, zawsze odwiedzał jednego z krewnych i sygnalizował ten fakt w sposób charakterystyczny dla osób w stanie niematerialnym, nim wieść o śmierci w rodzinie zdążyła rozejść się drogą formalną. Nie była to informacja specjalnie rozwlekła – trzy niewyjaśnione stuknięcia zapowiadały nadejście złej wiadomości. Babcia wielokrotnie opowiadała historię, która stała się jej udziałem, gdy zmarła jej babcia, a moja prababcia. Pierwszy raz usłyszałam ją, gdy nastraszyłam moją młodszą siostrę i ta z płaczem pobiegła na mnie naskarżyć – miałam tylko pięć lat, ona dwa. Historia, którą babcia mi się zrewanżowała za straszenie, była właśnie o trzech stuknięciach szufladki starej maszyny Singera, które około północy obudziły ją w przeddzień przyjścia telegramu z wiadomością o śmierci prababci. Opowieść doprowadziła mnie do spazmów trwających do późnych godzin nocnych. Dostałam wówczas niezłą nauczkę i od tego czasu nikogo nigdy już nie straszyłam.

 

Okazało się jednak, że przedstawiona mi w dzieciństwie historia była w wersji light. Po latach babcia opowiedziała mi całość i dopowiedziała to, czego nie przekazała dziecku.

 

Pewnej nocy zbudził ją jakiś hałas. Poczuła przerażające zimno i irracjonalny strach, miała wrażenie, że włosy stają jej dęba. W pokoju panowały egipskie ciemności. W pobliżu kamienicy, w której mieszkała, nie było żadnej latarni, której światło choć trochę mogłaby rozjaśnić wnętrze małej sypialenki. Chciała się ruszyć, ale ciało odmawiało posłuszeństwa – była jak sparaliżowana. Leżała wpatrując się w ciemność i wsłuchując w ciszę przerwaną w pewnym momencie trzema stuknięciami wysuwającej i zasuwającej się w niewytłumaczalny sposób szufladki wspomnianego już stoliku pod maszynę do szycia. Babcia Aniela nie potrafiła wyrazić tego, co wówczas czuła. Jej mama wprawdzie przestrzegała ją, że w godzinę śmierci członkom naszej rodziny zawsze ukazuje się zmarły właśnie krewny. I babcia, jako uświadomiona w tej kwestii, wydawała się być na to gotowa. Okazało się jednak, że na kontakt ze światem zmarłych nie można się przygotować. Najgorsza w całej historii była niedopowiedziana w pierwszej przedstawionej mi wersji prawda – taka wizyta oznaczała, że jest się następnym w kolejce. Data śmierci nie była jednak wiadoma. Równie dobrze kostucha mogła nadejść w ciągu kilku najbliższych dni, tygodni, jak i lat. Wiadomo jednak było, że się jest pierwszym w kolejce kandydatem do niebiańskich, bądź piekielnych wrót.
 
Ze śmiercią w naszej rodzinie związany był jeszcze jeden dziwny zbieg okoliczności. Kolejne zejścia przypadały w urodziny innych jej członków – coś w rodzaju życie za życie, taka niebiańska rekompensata. Sporo czasu spędziłam analizując te dziwne okoliczności żegnania i witania się z tym świtem kolejnych związanych więzami krwi pokoleń. Wolałam, żeby tak jak w innych rodzinach łączyły nas wspólne święta , albo niezwykłe, przekazywane z pokolenia na pokolenie przepis kulinarne, niż zbieżne daty „wejść” i „zejść” połączone z informacją „teraz twoja kolej” obwieszczanych trzema dźwiękami typu stuku, puku.

 

Babcia umarła kilka lat po śmierci prababci. Zgodnie z danym przed laty znakiem, jej odejścia nie poprzedził żaden zgon w rodzinie. Wiedziałam, że i ja usłyszę kiedyś „nieziemskie” pukanie. Przyznaję, nie miałam na to najmniejszej ochoty, nie oczekiwałam tej akustycznej informacji z zaświatów, tym bardziej, że z natury byłam strachliwa i z tego powodu nie przepadałam nawet za swoim cieniem w ciemnej uliczce. Odkąd poznałam metafizyczne zjawisko ciążące nad naszą rodziną, desperacko modliłam się o to, by mnie żaden krewny odwiedzać po nocy nie zechciał. Bałam się, że mimo młodego wieku, zeszłabym z tego świata przed czasem po takim nocnym i do tego złowróżbnym kontakcie. Obawiałam się też ewentualnych odwiedzin mojej ukochanej babcia i kiedy był jeszcze ku temu czas wymusiłam na niej obietnicę, że choćby nie wiem co, to mi wizyty składać nie będzie. Ponieważ ostrożności nigdy za wiele, na wszelki wypadek przejętą po babci zabytkową maszynę Singera wraz ze zdobionym i wyposażonym w nieduże szufladki stolikiem wcisnęłam w najdalszy kąt strychu, by przypadkiem ich akustyczne zdolności nie zakłóciły mi ciszy nocnej.

 

Babcia do mnie nie przyszła. Trzykrotne puknięcie w okno obudziło natomiast ciocię Sabinkę. Zawsze pogodna nestorka naszej rodziny nie dawała po sobie nic poznać, ale w starej gdańskiej szafie na najwyższej półce pojawił się pakiecik z czarną koronkową sukienką i innymi dodatkami w żałobnych kolorach, a przy nim pudełko prosto ze sklepu z dewocjonaliami typu „ostatnie pożegnanie”.

 

Ciocia Sabinka odeszła kilka miesięcy po pogrzebie babci. Tradycji stało się zadość, sygnał przekazała kolejnemu członkowi naszej rodziny, ten kolejnemu, po nim następny, i następny – łańcuch pośmiertnych wizyt zaczął się niebezpiecznie zagęszczać. Nim skończyłam czternaście lat niemal całe pokolenie babci przeszło na drugą stronę. Zmarli jej braci i kuzynostwo, tych oczekujących na sygnał było coraz mniej. Większość, która nadal pozostawała przy życiu, była dość młoda i w zaświaty nie było jej spieszno. Gdy umarł ostatni z babcinego rodzeństwa, powiadomił o tym starszego ode mnie o kilka lat kuzyna. Chłopak był przerażony i choć uspakajaliśmy go, przekonując, że żyć może jeszcze latami, to on nie dawał się pocieszyć. Zdesperowani, podczas rodzinnego zwanego stypą spotkania, zdecydowaliśmy, że czas zakończyć stresujący żywych zwyczaj powiadamiania bliskich o śmierci i przepowiadania im zbliżającego się końca żywota. Nikomu to nie służyło, tylko doprowadzało do szaleństwa i uniemożliwiało normalne funkcjonowanie. Kuzyn – ostatnia ofiara śmiertelnej przepowiedni – przysiągł, że nikogo nie powiadomi – słowa dotrzymał. W każdym razie nikt z nas do usłyszenia jakiegokolwiek niewyjaśnionego logicznie pukania się nie przyznawał. Mijały kolejne lata, a nawet wiele, a w naszej rodzinie nikt nie umierał. Wszyscy dożywali niezwykle sędziwego wieku – jakby śmierć bała się po nas przychodzić bez pukania.

 

Siedząc w starym fotelu babci często rozmyślałam nad dziwnymi zdarzeniami łączącymi w sposób tajemniczy i onomatopeiczny moją rodzinę. Było pukanie – źle, brak sygnałów – jeszcze gorzej. Czyżby śmierć o nas zapomniała? – Nie chcę żyć aż tyle lat – myślałam. Bycie stuletnią, samotną kobietą z marną emeryturą, nie wywoływało mojego entuzjazmu. Przy najbliższym rodzinnym spotkaniu zaczęłam rozmowę na temat powrotu do rodzinnego zwyczaju, który sprawdzał się przez tyle lat i w jakiś nieziemski sposób był dla nas wyróżnieniem. Większość, zwłaszcza tych mocno już wiekowych osób, przyznała mi rację. Stwierdziliśmy, że złamanie jakiegoś zaklętego kręgu przez naszego kuzyna, spowodowało, iż śmierć się od nas odwróciła. Powinno nas to cieszyć. Przecież ludzie zawsze życzą sobie „stu lat”. Nikt nie zdaje sobie jednak sprawy jak w rzeczywistości przeżycie całego wieku, potrafi zmęczyć. Niedługo po tej rozmowie zmarł mój starszy brat. Nad ranem usłyszałam trzy stuknięcia w przybrudzoną szybę okna mojej małej parterowej kawalerki. Odetchnęłam z ulgą.

 
 

Autor: Anita Demianowicz

 

1 Comment

  1. czarnaqq pisze:

    Nie do wiary!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.