GDZIEŚ W SIECI

 

 Romans na Święta, coś o marzeniach i rzeczywistości. 
Opowiadanie Anity Demianowicz

 

  

Wreszcie w domu. Myślałam, że już dzisiaj nie dam rady, że w trakcie zwymiotuję, dostanę biegunki albo okresu      i zwolnię się wcześniej do domu. Chociaż, nawet gdybym rozstroju żołądka dostała i zarzygała pół gabinetu, szefowa i tak nie pozwoliłaby mi wyjść przed czasem. Kazałaby pewnie posprzątać i wziąć się w garść. „Nie ma tu miejsca dla mięczaków”, powtarzała na okrągło, ale ślimakami, szmata, to się opychała bez pamięci na służbowych spotkaniach.

 

 Złorzecząc i pomstując, włączyłam komputer. Pomimo że żołądek zdążył w ciągu dwunastu godzin pracy, przykleić mi się do kręgosłupa, najpierw musiałam sprawdzić nowe wiadomości. Potem mogłam zabrać się za przywracanie moich wnętrzności do pierwotnego stanu.

 

 Komputer wydał dźwięk, którego nie znosiłam, informując, że jest gotowy do przyjęcia rozkazów od swojej pani. Na poczcie czekała na mnie informacja, że w serwisie mogę spodziewać się kilku maili od nowych adoratorów i kilka od tych, z którymi zadzierzgnęłam już bliższą korespondencyjną znajomość. Zalogowałam się do serwisu randkowego i z zapałem zaczęłam przeglądać teksty, które powstawały zapewne w pocie czoła. Niektóre odrzuciłam od razu, nie zamierzając zagłębiać się w ich treść. Wystarczyło mi samo zdjęcie nadawcy, by wiedzieć, że niezależnie od wypocin, którymi udało mu się zachlapać klawiaturę komputera, między nami nie ma szans nic się narodzić. Zresztą szukałam konkretnego listu, a właściwie konkretnego nicku: blind80, z którym od kilkunastu dni wymieniałam poglądy i dzieliłam się marzeniami. Jego pierwszy list zaintrygował mnie, i mimo że jego zdjęcie profilowe skrzętnie ukrywało twarz, za pokaźnych rozmiarów okularami przeciwsłonecznymi, oczarował mnie. Pomimo braku możliwości dokładnego wglądu w oblicze potencjalnej miłości, coś mnie do niego ciągnęło. Chłonęłam jego każde słowo, napisane tylko dla mnie. Coś głęboko pod skórą, szeptało mi, że to może być ten jedyny, choć konta w serwisie na wszelki wypadek jeszcze nie likwidowałam.

 

 Gdy przeglądałam maile, w oczekiwaniu na dotarcie w końcu do tego najbardziej spodziewanego, komputer wydał dźwięk, informując, że dostałam właśnie nową wiadomość. Podskoczyłam z radości. To od niego. Proponował spotkanie. Z jednej strony bardzo tego chciałam, z drugiej jednak, nie byłam pewna czy ta właściwa chwila nadeszła. Ociągałam się trochę z odpowiedzią. Odeszłam od komputera i włączyłam piekarnik. Czekając, aż osiągnie odpowiednią temperaturę, by przyjąć w swoje ramiona resztkę wczorajszego canelloni ze szpinakiem, analizowałam „za i przeciw” spotkania. Komputer wydała kolejny dźwięk, przywołując mnie do swojego stanowiska. W wiadomości kryły się tylko dwa słowa: „Nie chcesz?”. Chciałam, bardzo chciałam, dlatego odrzucając wszelkie sprzeciwy, wysłałam wiadomość z pytaniem: „Kiedy i gdzie?”. Po chwili otrzymałam odpowiedź i ze szczęścia o mało nie zakrztusiłam się kawałkiem makaronu z beszamelem.

 

 Wpadłam w wyjątkowo radosny nastrój, w którym dopomogła połówka butelki wina i nastrojowa chilloutowa muzyka, płynąca leniwie z głośnika. Zaczęłam zastanawiać się nad najodpowiedniejszym strojem na randkę, ale te przyziemne problemy zostały wyparte przez fantazje, które z rozkoszą wiły się po zakamarkach mojej wyobraźni. Niemal czułam oddech mojego nieznajomego na szyi, jego delikatne pocałunki. Czułam jak zapadam się w jego silne objęcia. Potem widziałam mały domek, który po chwili jednak zmieniłam na willę z basenem, gromadkę dzieci biegających po ogrodzie, słyszałam rozlegający się wszędzie radosny śmiech. Widziałam też siebie i jego, w czułych objęciach, tak nieziemsko szczęśliwych i zakochanych. Przeszkadzały mi tylko w fantazjowaniu te jego wielkie okulary przeciwsłoneczne, takie same jak na zdjęciu. No cóż, ale innego Go nie widziałam. Niby mówi się, że oczy są zwierciadłem duszy, ale całość prezentowała się tak nadzwyczajnie dobrze, iż byłam przekonana, że zdjęcie okularów nie będzie w stanie niczego zepsuć.

 

 Umysł produkujący natchnione, pełne uniesień i romantycznych chwil obrazy, zmęczony jednostajnością wyobrażeń oraz ich cukierkowatością, która przyprawiała go o mdłości, ukołysał głowę swojej właścicielki do snu. 
 
Obudziłam się rano z lekkim bólem głowy. Całe szczęście miałam dzień wolny i mogłam poświecić się całodniowej pielęgnacji i przygotowaniom do spotkania, z którym wiązałam wielkie nadzieje. Po południu czułam się już trochę zmęczona tymi wszystkimi maseczkami, malowaniem paznokci, depilacjami, peelingami, henną i wsmarowywaniem w siebie setki kremów, balsamów i pachnidełek, ale miałam nadzieję, że moje poczynania nie pójdą na marne.

 

 O dwudziestej stawiłam się przed knajpką, w której się umówiliśmy. Z nerwów zapaliłam jeszcze papierosa, po wypaleniu którego uświadomiłam sobie, że teraz wszystkie te pachnące zabiegi, które tak skrzętnie przeprowadzałam, szlag trafił i zamiast kwiaciarnią będzie ode mnie czuć popielniczką. Wyciągnęłam z torebki kosmetyczkę, przypudrowałam jeszcze nosek, pociągnęłam usta błyszczykiem i spryskałam pomarańczowym zapachem, dzięki któremu w połączeniu z dymem papierosowym, powstał zapach, którego nieznajomy na pewno nie zapomni. Tak przygotowana do boju, wkroczyłam. W lokalu nie było zbyt wielu osób. Przy stoliku, stojącym w rogu przy kominku, z przeznaczeniem dla dwóch osób, siedział On. Poznałam po tych samych wielkich, ciemnych okularach. Jest zima, wieczór, pomieszczenie, a on siedzi w okularach! Przez głowę przegalopowała mi myśl, że może jest celebrytą i ukrywa się przed paparazzi. W wyobraźni już widziałam siebie, kroczącą po czerwonym dywanie u boku mojego ukochanego i nasze wspólne zdjęcia na okładkach najpoczytniejszych magazynów.

 

Postąpiłam krok naprzód tak, że miałam przed sobą w sporej odległości mojego nieznajomego i stół, przy którym siedział. Moją uwagę przykuł pies, leżący obok. Zaskoczona, postąpiłam jeszcze kilka kroków i dostrzegłam oparty o krzesło mojego nieznajomego, metalowy pręt, który…Zaraz, zaraz…W mojej głowie wszystko zaczęło się układać w jedną całość: ciemne okulary, nick, metalowa laska i pies. Sparaliżowało mnie. W jednej chwili sielski obrazek ze szczęśliwą rodzinką, legł w gruzach. Chciało mi się płakać. Tyle niepotrzebnych nadziei sobie narobiłam. Jak zawsze? Powoli zaczęłam się wycofywać. Wiedziałam, że to nie w porządku wystawić kogoś do wiatru, ale w żadnym romansie główny bohater nie był niewidomy. Jak dobrze, że nie zlikwidowałam konta, pomyślałam i wyszłam wprost w ramiona mroźnego wieczoru.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.