BIAŁA KALIA

 
 

 BIAŁA KALIA TO DEBIUT LITERACKI ANITY DEMIANOWICZ

OPOWIADANIE DLA TYCH, KTÓRZY LUBIĄ SIĘ BAĆ!!!

 
 

Słyszę swój przyspieszony oddech i szybkie bicie serca. Krew pulsuje w żyłach też ze zwiększoną prędkością, starając się nadążyć z dostarczaniem tlenu z płuc do wszystkich tkanek. Nie lubię tych odgłosów: rzężącego w płucach powietrza, ale lubię pot spływający po moich obolałych plecach, odparowywany przez oddychającą, sportową bluzę. Spoglądam na pulsometr, pilnując odpowiedniego tętna. Przyspieszam.
 

Zawsze biegam, słuchając muzyki. Tym razem nie zauważyłam, że wyświetlacz również pulsował w rytm mojego serca, informując o rozładowującej się bateryjce. Szlag by to trafił, pomyślałam ze złością, wciskając słuchawki do kieszeni bluzy. Nie lubiłam biegać w ciszy, nie dlatego że obawiałam się przebywania ze swoimi myślami sam na sam, ale dlatego że las nigdy nie wydawał przyjaznych dźwięków, gdy wkraczałam do jego królestwa sama. Podczas spaceru z kimś, słyszałam tylko śpiew ptaków, bzyczenie owadów, szelest liści, poruszanych muśnięciem wiatru, a wszystko mieniło się w promieniach przyjaznego światła słonecznego. Las chyba nie darzył mnie specjalna sympatią albo drwił ze mnie, czując, że się go obawiam. Wstępując w jego progi, najpierw zastawałam ciszę totalną, bez drżenia liści nawet tych osikowych, bez śpiewu ptaków, bez oznak życia. Przy każdym kolejnym zanurzeniu się w jego otchłań, zaczynał przemawiać do mnie trzaskaniem gałązek jakby ktoś właśnie na nie nadepnął, rzucaniem dziwnych cieni, przemykających między drzewami. Dlatego codziennie, wybierając się na poranny jogging, zabierałam ulubioną muzykę, która pozwalała mi wystrychnąć las na dudka.
 
Biegnąc piaszczystymi, leśnymi alejkami, z niepokojem rozglądałam się wokół siebie. Zewsząd otaczały mnie dziwne odgłosy, a ja mimo rosnącej w gardle guli, nie zamierzałam zawracać. Musiałam zwolnić. Tętno podskoczyło zbyt mocno i zastanawiałam się czy to kwestia szybszego niż zwykle tempa, czy może jednak ogarniającego mnie strachu. Czułam niepokój, który potęgowany ponura aurą pogodową i jesienną ciemnością lasu, powoli zaczął przekręcać klucz w pokoiku, który zamieszkiwała panika. Do wbiegnięcia na drogę powrotną, zostało mi zaledwie kilkaset metrów. Usłyszałam nagle czyjś głos, wołający mnie po imieniu. Przynajmniej tak mi się wydawało. Serce zaczęło mi walić z szybkością, z jaką Johnny Rabb, uderzając w perkusję, pobił rekord i trafił do księgi Guinessa. Nie zatrzymując się, odwróciłam głowę w stronę, z której wydawało mi się, że dobiegał głos. Nikogo nie było. Przyspieszyłam, choć czułam się jak w filmie, który widz ogląda w zwolnionym tempie. Nogi zrobiły się jak z waty i, mimo że wydawało mi się, iż przebieram nogami w tempie dotychczas przeze mnie nieużywanym, to jednak stałam prawie w miejscu. Usłyszałam ponownie swoje imię, roznoszące się echem po całym lesie. Wokół zaczęłam dostrzegać postaci, które sunęły płynnie między drzewami z moim imieniem na ustach. Postaci miały jakby rozmyte twarze, nienaznaczone żadnymi rysami. Wyglądały jak świetliste, białe plamy. Jedyne, co było niezwykle wyraziste, to piękne, białe kalie obwiązane czerwoną wstążką, które wszyscy trzymali w dłoniach. Zamiast kwiatowego zapachu, poczułam jednak siarkę. Straciłam przytomność.
 

We śnie zobaczyłam moją babcię, która ubrana w satynową suknię z kolorowym rajskim ptakiem na plecach, stała, wpatrując się we mnie i z ciepłym, niemal anielskim uśmiechem, kiwała głową. Co się dzieje, babciu, spytałam. A on odpowiedziała, że wszystko będzie dobrze i żebym się niczym nie martwiła. Po raz pierwszy, po dziesięciu latach od jej śmierci, przemówiła do mnie we śnie, a śniła mi się niemal codziennie przez te klika tysięcy nocy, jakie znaczyły tę długa drogę od jej odejścia.
 

Obudziłam się w szpitalu. Przez chwilę niczego sobie nie mogłam przypomnieć. Migały mi tylko jakieś pojedyncze obrazy. Przypomniał mi się dziwny zapach, który poczułam chwilę przed tym, zanim straciłam przytomność. Rozejrzałam się po sali i na stoliku w wazonie zobaczyłam bukiet białych kalii. Zawsze je uwielbiałam, choć wszyscy twierdzili, że są to kwiaty hodowane jedynie na potrzeby śmierci i pogrzebów.
 

Weszła pielęgniarka i, zobaczywszy, że odzyskałam przytomność, wezwała lekarza.
– Grzybiarz znalazł panią nieprzytomną w lesie – powiedziała pani doktor. – I zaraz zawiadomił pogotowie. – Czy pamięta pani, co się stało?
– Biegałam – odpowiedziałam powoli – i nagle poczułam jakiś dziwny zapach, jakieś głosy. Chyba miałam jakieś zwidy. – Obawiałam się przyznać, że sunął na mnie tłum świetlistych postaci. I tak nie miałam pewności czy już nie znajduję się na oddziale psychiatrycznym.
 

– Po przebadaniu pani, okazało się, że miała pani guza mózgu, który do tej pory nie został zdiagnozowany. Dziwne zapachy czy zwidy w takim przypadku są zupełnie normalne. Usunęliśmy go. Musimy panią jeszcze tu przez jakiś czas zostawić na obserwacją, ale wszystko jest w najlepszym porządku – powiedziała i uśmiechnęła się z dobrotliwie. – Proszę teraz dużo spać i odpoczywać – dodała, kierując się w stronę drzwi.
 

– Pani doktor! – zawołałam za nią. – Czy ktoś był u mnie? – spytałam trochę zmieszana. – Czy wie pani, kto zostawił mi te kwiaty?
– Była tylko jakaś starsza kobieta. Zdziwiłam się tymi kaliami, bo to przecież pogrzebowe kwiaty, ale ona powiedziała, że pani je uwielbia – odpowiedziała i, odwróciwszy się, wyszła.
 

Spojrzałam na kalie. Wyglądały tak pięknie jak te, które widziałam w lesie. Z taką samą czerwoną wstążeczką.

Tagged with:
 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.