Obyś cudze dzieci uczył

 

”Obyś cudze dzieci uczył”  – to stare złorzeczenie dopadło tysiące ludzi w całym kraju, z których większość stanowią kobiety. Nauczyciel – zawód czy powołanie?

 

 

 

Odpowiedź na tak postawione pytanie znajdzie zwolenników w obu przypadkach. Jednoznaczna definicja nie wchodzi w grę, bo podstawę stanowi inspiracja i okoliczności, które miały wpływ na wybór zawodu, lub, jak wolą niektórzy, misji.

 

Dawno temu bycie nauczycielem dawało prestiż społeczny, ale czasy te minęły bezpowrotnie wraz z zakończeniem tajnego nauczania i z każdym rokiem, każdą zmianą w prawie oświatowym, pozycja tego zawodu ulegała systematycznej degradacji, by wreszcie z pozycji przewodnika w świecie wiedzy osiągnąć pozycję edukatora – rzemieślnika, którego efekty pracy rozliczane są w punktach i umieszczane w statystykach, które zdominowały element ludzki. O pracy nauczyciela mówią liczby, nie rzeczywiste osiągnięcia w pracy z uczniem – osobą myślącą, czującą, często z poważnymi problemami, zagubioną w otaczającym świecie, szukającą ratunku przed osamotnieniem w alternatywnej rzeczywistości – w „wirtualu”. 

 

W opinii społecznej zawód nauczyciela nie cieszy się szczególnym prestiżem – i nawet, wysoko do tej pory oceniani nauczyciele akademiccy, tracą swoją aurę w związku z ofensywą płatnego nauczania wyższego i łatwym dostępem do dyplomu magistra.

 

Częściowo na niekorzystną ocenę nauczycielskiej braci wpływ mają sami zainteresowani, jednak do degradacji ich autorytetu przyczyniły się przede wszystkim oświatowe zmiany, niskie płace i coraz bardziej roszczeniowi rodzice. Niestety, w obecnej rzeczywistości stan posiadania ma decydujący wpływ na poziom oceniania, co przekłada się na pozycję społeczną, a nauczyciele w tej kwestii specjalnie rozpieszczani nie są. Wśród tworzących się współczesnych elit zawodowych nie ma miejsca dla niskobudżetowego intelektualisty spod znaku tablicy i kredy. „Nie szata zdobi człowieka”. – Bzdura! – Zdobi!

 

Jak świat światem dzieci sprawiały i sprawiają kłopoty wychowawcze – takie ich prawo, chociaż obecnie nastąpił niewątpliwie wzrost ich aktywności fizycznej i  intelektualnej –więcej wiedzą niż ich rówieśnicy z poprzednich pokoleń, lecz dużo mniej mają umiejętności praktycznych.

 

Nadpobudliwość, nadwrażliwość emocjonalna, ale i brak poczucia bezpieczeństwa, to niektóre tylko problemy, którym  muszą stawić czoła nauczyciele w przeładowanych ze względów ekonomicznych klasach. Trzydziestokilkuosobowy oddział nauczania początkowego, podobnie jest w klasach starszych, nie daje możliwości na indywidualizację nauczania i wychowania, co często staje się przyczyną konfliktów na linii nauczyciel – rodzic. Przeświadczenie o wyjątkowości własnego dziecka bywa tak duże, że brak szczególnego skupienia nauczyciela właśnie na tej niezwykłej – według rodziców – osobowości, odbierane jest już nie jako uchybienie, ale wręcz przestępstwo wobec metodyki nauczania i wychowania. Zdesperowany rodzic rozpoczyna bezpardonową walkę, która zatacza coraz szersze kręgi, wciągając i tych, którzy wcześniej uwag nie mieli. „Afera” wokół nauczyciela jest atrakcją równą dobremu thrillerowi, tym bardziej, że toczy się na żywo – na szkolnym ringu. Z reguły nokautowany bywa belfer. Uczeń, nawet jeżeli zawinił, wychodzi obronną ręką, jeżeli rodzic okaże się tak zdeterminowany, by zadawać ciosy na tyle precyzyjne, że rzeczowe argumenty nie mają szansy na tryumf. Romantyczne „czucie i wiara” jest w szkolnej rzeczywistości ważniejsze „niż mędrca szkiełko i oko”. Tak naprawdę podstawą większości szkolnych awantury są ambicje rodziców, co nie koniecznie jest równoznaczne z dobrem dziecka – rodzina dysfunkcyjna to już nie tylko ta z problemami np. alkoholowymi – przerost ambicji rodziców też kwalifikuje do podjęcia terapii.

 

System oświaty w Polsce doszedł do takiego punktu, że szkoła praktycznie nie ma narzędzi prawnych, by wcielać w życie lansowane przez wieki metody wychowawcze – eliminując oczywiście kary fizyczne. – Ile nauczyciel można wpisać uwag?  – Ich skutek jest zresztą marny, gdy są serwowane w nadmiarze. – Ile może postawić jedynek za brak zadania czy pracy na lekcji? – Obniżenie zachowania na wielu nie robi wrażenia, a ci, co się tym przejmują, zwykle problemów wychowawczych nie sprawiają. Obecnie szkoła nie ma narzędzi, by wychowywać. Nie może nic zrobić, by pomóc dziecku, nawet gdy potrzeba takiej pomocy jest widoczna  gołym okiem. Na wszystkie działania potrzebna jest akceptacja prawnych opiekunów. Brak współpracy rodziców ze szkołą to porażka wychowawcza jednych i drugich.. Patologie, które są udziałem niejednej placówki oświatowej, rosną w zastraszającym tempie, a roszczeniowa postawa wobec szkoły wzrasta systematycznie – niestety – bywa, że za aprobatą dyrektorów szkół, którzy w obawie przed utratą stanowiska i dla własnego komfortu poświęcają dobrego pracownika, wystawiając go pod pręgierz oceny społecznej, nieprofesjonalnej, a co gorsza często niesprawiedliwej, tym samym obracając w ruinę latami wypracowany status zawodowy pomawianego o brak profesjonalizmu pedagoga.  W konfrontacji nauczyciel – uczeń ,  ten pierwszy jest od początku na przegranej pozycji. Prawa dziecka, w połączeniu z ogromnym bezrobociem, nieprecyzyjnymi przepisami powodują, że wykonujący swój zawód, czy realizujący powołanie nauczyciel w szkole czuje się jak kierowca cysterny przewożący nitroglicerynę – byle wstrząs może doprowadzić do groźnego w skutkach dla niego wybuchu. Współczesna szkoła to taka beczka z prochem – niewiadomo, kiedy wypali rujnując autorytet i moralność zainteresowanych.

 

„Szkoła uczy i wychowuje” – to dla sporej części rodziców nadal obowiązujący slogan, zwalniający ich od obowiązku wychowania na rzecz skupienia się na zapewnieniu menu, ubrania i opowiedzenia się po stronie dziecka w sytuacjach konfliktowych. Jednak stara prawda mówiąca o tym, że co zasiejesz, to zbierzesz – powinna towarzyszyć wszystkim, którzy biorą na siebie odpowiedzialność za kształtowanie postaw dzieci i młodzieży, i na pewno nie są to tylko nauczyciele

Tagged with:
 

3 komentarze

  1. belferka pisze:

    Bardzo dobrze wspominam okres ministrowania R. Giertycha, a zwłaszcza wprowadzenie programu „Zero tolerancji dla przemocy”. Gdyby nie ta akcja w polskiej szkole było by jeszcze gorzej.

  2. grzybek pisze:

    Oczywiście masz rację, fundamentem całego zła w szkole jest brak motywacji do nauki i dobrego zachowania.Egzaminy niczemu nie służą-tylko budują statystyki, dzieci to już wiedzą i nawet nie udają,że chce im sie uczyć. Za złe zachowanie jest nagroda w postaci zainteresowania nauczyciela i uznania grupy rówieśniczej. Za dobre zachowanie kara i
    prześladowania. Po 10 latach tej schizofrenii zbieramy efekty-jeśli wyślesz grupę 100 robotników do pracy i powiesz im ,ze na koniec miesiąca dostaną jednakową wypłatę bez względu na wysiłek i obecność w pracy to ilu z nich będzie pracować? 30%? Reakcja dzieci na relatywizm wychowawczy i paranoję panującą w szkole jest normalna. MEN o tym wie i jest mu to na rękę. Elita kształci się w szkołach prywatnych.Reszta ma wolność w postaci- dredów, tatuaży, bluzgów, zwolnień , dysleksji,
    dyskalkulii i ogromne szanse na ….bezrobocie,ale na razie ich to cieszy

  3. hmm pisze:

    W mojej szkole też są „Wybitni” nauczyciele osiągają mierne wyniki na maturze i wreszcie pan dyrektor przestał piać o ichsukcesach,gdyż media ujawniają osiągnięcia uczniów!!!! Szkoda, że rodzice nie znają , jakie są faktyczne wyniki uczniów z przedmiotów maturalnych a tylko tzw. zdawalność, która nie odzwierciedla poziomu nauczania w szkole.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.