EUROPEJSKA WIEŻA BABEL

 

Mój komentarz do wystąpienia Radosława Sikorskiego

 

Jestem i byłam eurosceptykiem. Czas wejścia do europejskiej rodziny nie był dla mnie radosnym wydarzeniem. Niepokój i obawa przed oceną, jaką wystawią nam potomni zaburzały mi obraz cieszących się ze zmian w europejskich układach rodaków.

 

Masowe spacery przez otwarte granice kojarzyły mi się z manifestacją zniewolonych dotąd obywateli, którzy w kolejkach cierpliwie czekali na paszporty czy wizy, a następnie z niepokojem oczekiwali na decyzje władz. Znam takich, którzy przez lata nie doczekali się pozytywnej odpowiedzi, bo jakiś życzliwy małym donosikiem skutecznie zablokował możliwość zwiedzania świata. Wyjazdy za granicę w okresie PRL-u, to było wydarzenie, które budziło zazdrość wśród znajomych i sąsiadów. Prestiż społeczny, jakim cieszyli się marynarze wynikał właśnie z możliwości oglądania świata, przekraczania nieprzekraczalnych dla większości granic.

 

Zawsze byliśmy Europejczykami

 

Zamknięci w swoim kraju, tak czy inaczej byliśmy Europejczykami, tylko biedniejszymi i zakompleksionymi, marzącymi o barwnym życiu na Zachodzie, puszce Coli i wizycie w McDonald’s.. Kolorowe neony, szybkie samochody, a nawet ogólnie dostępne telefony, to amerykański sen zamkniętego we wschodniej klatce Europejczyka, przydeptanego sowieckim butem. Powolne kruszenie murów, coraz więcej Zachodu na Wschodzie i w końcu niemożliwe stało się możliwym. Upojeni wolnością, radośnie i w większości bezkrytycznie witaliśmy otwarcie granic. Zjednoczona Europa powitała nas w swoim gronie tak, jakbyśmy nagle spadli z Księżyca, a przecież tkwimy w jej sercu od wieków.

 

O wspólną Europę walczył już Napoleon

 

O zjednoczeniu całego kontynentu myślano już w starożytności. Grecy, Rzymianie, Wikingowie próbowali stworzyć europejskie imperium. Jednym z przykładów, że w jedności siła była Hanza, czyli związek miast północnej i zachodniej Europy, mający na celu obronę wspólnych interesów i przywilejów.
Zasada jednak jest taka, że tam, gdzie w grę wchodzi władza i pieniądze, tam zawsze ktoś będzie ważniejszy, a ktoś zepchnięty zostanie do roli wasala. Prędzej czy później tłamszony podniesie głowę, zacznie walczyć o swoje i w tym momencie następuje początek końca każdej wspólnoty.
Przed nami już Napoleon próbował tworzyć wspólną Europę. Niestety, wymyślił aby dokooptować do niej Rosję. Przegrał z mrozem, a przyczynili się do tego też wojskowi „styliści”, którzy niestosownie ubrali napoleońskie oddziały. Ówcześni Europejczycy nie docenili zamierzeń cesarza, który chciał scentralizować europejską władzę. Wyjątkiem byli Polacy, dla których Napoleon był i został symbolem wolności, a w przekazach literackich pełni rolę romantycznego bohatera, wszak miłość jego do naszej Marysieńki miała pomóc odzyskać niepodległość. Nawet zawód jaki nam sprawił, nie zniszczył wizerunku bliskiego naszemu sercu imperatora.

 

Hitler przewraca się w grobie

 

Kolejny „zjednoczyciel” Europy objawił się we wrześniu 1939 roku. Plan swój zaczął realizować od Polski, która nie doceniła jego zamierzeń i zbrojnie sprzeciwiła się agresorowi. Ogniem z Westerplatte powiedziała „NIE” otwartej granicy. We wrześniowej kampanii Polacy pokazali światu, jak się samotnie walczy i umiera za ojczyznę. Nasi europejscy sojusznicy nie mogli się zdecydować czy chcą proponowanej przez Hitlera Europy, czy też „podnieść rzuconą rękawicę”. Decyzję przyspieszyły kombinacje niemieckiego wodza ze Stalinem, chociaż Francuzi wrogą armię witali kwiatami, Włosi natomiast długo dochodzili do tego, że niemiecka chęć panowania w Europie przyniesie więcej szkody niż pożytku. Można się domyślać, że Adolf w grobie się przewraca i żałuje, że droga, którą wybrał, była usiana kulami i krwią. Gdyby zaczął realizować swoje zamiary drogą pokojową, to centrum Europy mogłoby być w Berlinie czy Monachium już w latach czterdziestych ubiegłego stulecia.

 

Innym przykładem wspólnoty, która nie wytrzymała naporu inności językowej, kulturowej, różnicy interesów, była legendarna wieża Babel, wzniesiona przez prawnuków Noego na znak jedności ludzi. Według biblijnego przekazu Bóg sprzeciwił się tym zamiarom, obawiając się zbyt wielkiej siły rodu ludzkiego, pomieszał więc budowniczym języki, by uniemożliwić budowę wieży i podzielić ludzi na różne narody.

Obecnie termin „wieża Babel” oznacza ideę, przedsięwzięcie niemożliwe do zrealizowania i prowadzące jedynie do powstania zamętu. Czyż Unia Europejska nie przypomina tej biblijnej budowli?

 

Potomni mogą mieć inne zdanie niż my

 

Nie jestem historykiem, ale wyznaję zasadę, że historia kołem się toczy i niestety obawiam się, że tak, jak my pragnęliśmy zostać członkami Unii, tak nasi potomkowie będą chcieli się od niej uwolnić. Układ europejski kojarzy mi się z Piramidą, grą popularną w pewnym okresie wśród zdesperowanych Polaków, którzy dając mało, chcieli wziąć dużo. Kokosów się nie doczekali, bo te przeznaczone były dla tych, którzy zabawę rozpoczęli i ulokowani byli na górnych piętrach tej finansowej konstrukcji. W efekcie marzyciele z niższych półek złożyli się na sukces finansowy tych z górnych pięter, a sami zostali z pokwitowaniami wpłat, a potwierdzeń odbioru nie mieli okazji podpisać.

 

Bruksela decyduje za bardzo?

 

Obserwuję polityczne zmagania na płaszczyźnie krajowej i europejskiej, widzę, że znaczenie władz krajowych zaczyna stopniowo maleć, a siła ciężkości przesuwa się w kierunku rządu w Brukseli. Przekonały się już o tym nasze krowy, którym określono ilość „wyprodukowanego” mleka, a następnie zafundowano niegustowne kolczyki. Z naszych mieszkań znikają tradycyjne żarówki, a rybacy mogą łowić określoną ilość dorsza i śledzia. Zapewne mieszczą się w określonych limitach, ponieważ większość wzięła rekompensaty za zezłomowane kutry. O tym czy pomóc polskim stoczniom, kto decydował? Czy był to nasz warszawski rząd? Nawet dymka nie można puścić w restauracji, bo zakazuje tego unijne prawo.

 

Nie jestem historykiem, przedstawiłam jedynie swoje refleksje, przemyślenia i spostrzeżenia eurosceptyka, którym nadal jestem. Wybór van Rompuy na pierwszego prezydenta UE, czy Catherine Ashton na szefa europejskiej dyplomacji nie ma dla mnie znaczenia, nie znam tych ludzi i nie sądzę, żeby oni w swoich działaniach uwzględnili potrzeby Polski. Tym bardziej polskiej prowincji.

 

Tekst napisałam i opublikowałam w listopadzie 2009 r.

  

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.